Drugi front: "Byliśmy żołnierzami"

by BreenWalace


Adrian doskonale zdawał sobie sprawę, że owy głos należał do "Mężczyzny w garniturze." Choć słyszał go zaledwie kilka razy, zdążył już całym umysłem wchłonąć jego cholernie spokojną, a zarazem mocną i zdecydowaną barwę. Przy każdym wypowiedzianym przez nieznajomego słowie Shephard doznawał dziwnego uczucia potęgowanego gęsią skórką na całym ciele. Tak było i tym razem, kiedy to podczas skomplikowanego zabiegu Adrian zapadłszy w letarg znalazł się w dobrze już sobie znanym ciemnym pomieszczeniu, w którym ściany tworzyła nicość, a posadzkę mroczna otchłań czasu. Jedynym wyjściem z tego wirtualnego więzienia były drewniane drzwi emanujące nieskazitelnie białym blaskiem. Adrian obserwował je, gdy to otwierały się wpuszczając smugi światła przecinające wszechpanujący mrok. Sytuacja wyglądała podobnie do pierwszego spotkania. Kapral stał i wpatrywał się w postać za drzwiami natomiast ona nie wykonując najmniejszych, zbędnych ruchów rzekła w stronę żołnierza:
- Witam ponownie panie Shephard. Musimy uciąć sobie małą pogawędkę.- Adrian tym razem nie uwolnił negatywnych emocji, gdyż stwierdził, że przekleństwa miotane w stronę mężczyzny nic tu nie pomogą, a już na pewno nie wyciągną z niego żadnych informacji. Młody kapral zdawał sobie także sprawę, że w obecnej sytuacji tylko "Mężczyzna w garniturze" jest jego jedyną alternatywą, którą może zaakceptować bądź odrzucić. Podniósł niepewnie rękę w geście powitania i rzekł ze spokojnym tonem:
- Przyznam, iż nie sądziłem, że odwiedzi mnie pan akurat teraz.- Osłonięta mrokiem sylwetka mężczyzny poruszyła się w niekontrolowanym odruchu wyraźnie dostrzeżonym przez Adriana. Przez chwilę panowała niezwykła cisza. Żaden, nawet najmniejszy szelest nie posiadał dostępu do najmroczniejszych zakamarków umysłu kaprala, toteż uczucie pustki było naprawdę niesamowite. Gdy Shephard otworzył usta, by ponowić próbę rozpoczęcia konwersacji, nieznajomy odezwał się:
- A dlaczego nie? Czyż nie jest to najodpowiedniejsza chwila? Chwila, gdy leży pan na stole operacyjnym, krojony przez wroga, zdany na jego łaskę i niełaskę? Przybywam, gdyż widzę, że wpadł pan jak to się mówi, "śliwka w kompot".- Adrian zmarszczył czoło i przyjął jego słowa z milczeniem, gdyż zawierały prawdę. Mężczyzna widząc reakcję żołnierza kontynuował swój monolog:
- Tak, panie Shephard. Sytuacja wymknęła się spod kontroli.- Adrian w końcu zebrał się w sobie i odpowiedział:
- Cóż, nie ukrywam, że sprawy przybrały nieoczekiwany wymiar.- "Mężczyzna w garniturze" wybuchnął donośnym śmiechem brzmiącym dość ponuro w nicości, lecz młodemu żołnierzowi wcale nie było do śmiechu. Stał wpatrzony w nieznajomego i przez cały czas zastanawiał się kim jest? Skąd pochodzi? Ile ma lat? W gruncie rzeczy takie mało istotne pytania nie dawały Shephardowi spokoju. Mężczyzna skończył się śmiać i poważnym głosem rzekł:
- Pomogę panu, drogi kapralu. Sytuacja tego wymaga, proszę mi wierzyć.- Słowa te zostały wypowiedziane niezwykle taktownie powodując przypływ podziwu i podziękowania wobec nieznajomego. Adrian nie dał jednak tego po sobie poznać i zapytał:
- W jaki sposób?- Mężczyzna poprawiwszy krawat odparł:
- Otóż Thanatos zlecił chirurgom, że tak się wyrażę wmontowanie do pańskiej głowy nadajnika.- Shephard kiwnął głową i przymrużył powieki podkreślając swoje rosnące z każdą chwilą zainteresowanie. Nieznajomy kontynuował:
- Mówiąc krótko wyłączę go, a pan będzie mógł oswobodzić swojego przyjaciela i uciec ze Strefy.- Shephard zdziwił się słowami wypowiedzianymi przez mężczyznę i ponownie, tym razem z ewidentnym zdziwieniem zapytał:
- W jaki sposób!? Przecież nie ma pan dostępu do systemu sterowniczego.- Mężczyzna rzucił z oschłym tonem:
- To moja sprawa. Niech pan nie wątpi, panie Shephard, bo najgorzej patrzeć na to, jak człowiek traci wiarę. Zdradzę panu pewną informację.- Adrian podrapał się za uchem i rzekł:
- Zamieniam się w słuch.- Mężczyzna nie czekając zbyt długo odparł:
- Jutro dokładnie o 12.00 poczuje pan nieprzyjemne uczucie w swojej głowie. Dopadnie pan do drzwi i zacznie w nie walić z furią.
- Nie rozumiem.- Rzekł Shephard- Nie podoba mi się to.- pomyślał. Mężczyzna kontynuował:
- Proszę mnie uważnie słuchać. W momencie, gdy żołnierze otworzą drzwi, obezwładni pan ich i przebierając się w kombinezon civil protection uda do celi Marco Rodrigueza.- Shephard zaczął rozumieć, ale ciągle miał wątpliwości:
- Mam jednak kilka zastrzeżeń.- Nieznajomy chrząknął i spytał:
- Tak? A jakież są te pańskie zastrzeżenia, drogi kapralu?- Adrian splótł dłonie z tyłu pleców i rzekł:
- Po pierwsze nie wiem, gdzie znajduje się cela Marco, po drugie jestem wycieńczony i w pojedynku z jakimkolwiek przeciwnikiem nie mam najmniejszych szans, a po trzecie aktualnie montują mój nadajnik, który będzie okiem na moje najmniejsze nawet posunięcia.- Zamilkł i czekał w skupieniu na kontrargumenty nieznajomego. Ten ukazał szereg śnieżnobiałych zębów w szerokim uśmiechu i rzekł:
- Thanatos to niezwykle inteligentny przeciwnik, ale nie przewidział wszystkich naszych ruchów. Po pierwsze, panie Shephard, jeszcze dziś zostanie pan solidnie nakarmiony, po czym odzyska pan utracone siły. Po drugie, jeszcze dziś będzie pan rozmawiał z Marco Rodriguezem, a po trzecie to dziwne uczucie w pańskiej głowie, o którym uprzednio wspomniałem będzie oznaczało, że nadajnik został całkowicie wyłączony.- Tym razem Shephard uśmiechnął się szeroko i odrzekł:
- Jeśli się uda, to będzie naprawdę niesamowite, jeśli nie, wiadomo co się ze mną stanie. Mimo wszystko spróbuję, nie mam innego wyjścia.- "Mężczyzna w garniturze" odpowiedział:
- Uda się z pewnością. To wszystko zostało już zaplanowane.
- Co?- wtrącił Adrian. Nieznajomy odparł:
- Nieważne. Niech się pan bierze do roboty, panie Shephard. Zostało nam niewiele czasu.- Adrian jeszcze zapytał:
- Chciałbym wiedzieć, jaką rolę ma do odegrania w mojej misji Marco? Z tego co pan mówił, wywnioskowałem, iż zależy panu na jego oswobodzeniu.- Mężczyzna rzekł cierpliwie:
- Dobrze pan myśli. Powiem panu tylko to, że Rodriguez odegra ogromną rolę w tej grze i to dzięki niemu pańska misja się powiedzie. Ale czy warto znać przyszłość? Niech pan patrzy w nią wyciągając wnioski z przeszłości i stara się kreować teraźniejszość. A teraz żegnam.- Adrian nie zdążył odpowiedzieć, gdyż drzwi zamknęły się i został całkowicie sam, pogrążony w mroku swojego umysłu...

**

... Ocknął się w niewygodnym, metalowym łóżku znajdującym się w szeregu wielu innych. Większość z nich była pusta, ale na kilku spoczywali ludzie. Adrian po pokaźnej dawce kroplówki i płynnej soli odzyskał część sił i bacznie zaczął obserwować pomieszczenie. Duża, pomalowana na biało sala była niezwykle czysta i uporządkowana.- To chyba szpital.- pomyślał Shephard i opadł głową na poduszkę. Nie minęła minuta, a do sali wszedł Crow w towarzystwie dwóch żołnierzy i łysego, wysokiego lekarza dzierżącego w dłoni czarną teczkę. Medyk podszedł do Adriana i sprawdziwszy kilka rzeczy odłączył kroplówkę i rzekł:
- Zabieg udał się. Crow, daj mu nowe ubrania i nakarm go porządnie.
- Tak jest.- odparł Crow i skierowawszy się w stronę kaprala rzekł:
- Koniec wczasów Shephard. Wstawaj i nie próbuj żadnych sztuczek, bo pożałujesz.- Adrian nic nie odpowiedział i wstał posłusznie. Spojrzał po sobie i zobaczył na ciele szpitalną, pasiastą piżamę, która wydała mu się niezwykle żenująca. Sprytnie ukrył jednak swoje niezadowolenie i z niezwykłą obojętnością wyprostował dłonie. Crow zauważył zachowanie żołnierza i z uśmiechem rzekł:
- Widzę, że przez kilkanaście godzin pobytu w Strefie nauczyłeś się co nieco. Świetnie, bo już myślałem, że będziemy musieli popracować nad dyscypliną. Kajdany!- krzyknął w stronę żołnierzy, po czym jeden z nich zapiął magnetyczne obręcze na nadgarstkach więźnia. Łysy lekarz odszedł w towarzystwie jednego ze strażników i skierował się do kolejnych "pacjentów". Crow tymczasem wolnym krokiem zaczął podążać ku drzwiom prowadzącym na korytarz, a Shephard ponaglany przez strażnika ruszył za olbrzymem. Korytarz przypominał ten, którym jeszcze kilkanaście godzin temu maszerował razem z Thanatosem na zabieg. Był jednak zdecydowanie dłuższy, a po obu jego stronach znajdowały się mosiężne metalowe drzwi oddalone w odległości kilku metrów od siebie. Przez otwory z kratami wystawały dłonie, czasem nawet kilku osób.- Potwory.- pomyślał z nienawiścią Adrian i z żałością i litością w oczach zaczął przyglądać się nieszczęsnym więźniom. Doszli na koniec korytarza, a Crow rzekł:
- Teraz zjesz obfity posiłek i lepiej nie bądź wybredny. Lord Thanatos nie byłby zachwycony, gdybyś znowu wyszedł stąd nieco poobijany.- Wykrzywił usta w szydzącym uśmiechu i klepnął Adriana w plecy.- Śmiej się do woli sukinsynu, kiedyś to ja będę się śmiał.- pomyślał podenerwowany kapral. Crow popatrzył na strażnika i kiwnął głową. Ten podszedł do panelu i zaczął wystukiwać kod.- Hmm, wszystko opiera się na elektryce, system obronny, zabezpieczający, zmechanizowana część armii.- myślał nieustannie Adrian i nasunęło mu to pewną myśl.- Tymczasem drzwi otworzyły się z łoskotem powodując skrzywienie na twarzy komandosa i ku jego oczom ukazała się niewielka sala z metalowym stołem, z pewnością niedawno przygotowana dla Adriana. Strażnik zdjął młodemu kapralowi kajdany, a Crow popchnął go lekko i rzekł:
- Właź i żryj póki ciepłe.- Adrian nie czekając na dalsze słowa rzucił się do stołu, niczym wampir spragniony świeżej krwi. Posiłek był naprawdę suty: pieczony kurczak, gotowane ziemniaki oraz różne mięsiwa. Na środku niewielkiego stolika stał dzbanek z chłodzoną herbatą, w której pływało kilka plastrów cytryny. Crow zamknąwszy za sobą drzwi stanął naprzeciwko nich i westchnąwszy pomyślał:- Ehh, gdybym ja tak jadał to byłoby życie.- i kipiącym od nienawiści wzrokiem zaczął obserwować Adriana Shepharda przy zwyczajnej konsumpcji. Sytuacja mogła wydawać się niezwykle komiczna. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna ubrany w wojskowe spodnie i buty oraz czarną, obcisłą koszulkę stoi przy metalowych drzwiach z rękami założonymi na piersi i bacznie obserwuje poczynania młodego człowieka spożywającego posiłek, który do tego ubrany jest w staroświecką piżamę.- Żenada.- pomyślał Crow i wrócił do zajęcia. Adrian tymczasem pochłaniał wszystko w zadziwiającym tempie. Nie minęło dziesięć minut, a ze stołu zniknęły wszystkie potrawy. Shephard jak gdyby nigdy nic wstał i rzekł do olbrzyma z sarkazmem:
- Obiad był wyśmienity. Czy teraz mogę do kwatery?- W gigancie wręcz kipiało ze złości. Zamknął pięści w takim uścisku, że wąskie stróżki krwi zaczęły spływać z ran na posadzkę. Crow powstrzymywał się jednak od uderzenia Adriana. Dostał wyraźny rozkaz od Thanatosa, by żołnierz od tej pory nie był nękany, a samemu imperatorowi nie można się sprzeciwiać. Crow zmusił się do szyderczego uśmiechu i schyliwszy głowę na wysokość twarzy Shepharda rzekł:
- Nie myśl kmiocie, że będziesz jadał tak codziennie. Od jutra możesz przyzwyczajać się do gównianej papki z dodatkami mojej produkcji.- Adrian zamrugał powiekami i rzekł:
- Cóż, chyba nie skorzystam z takich dań, ale dzisiejsze było wyśmienite.- i zamilkł czekając na reakcję Crowa. Ten splunął na podłogę, zmierzył kaprala pełnym jadu spojrzeniem i walnął trzy razy w metalowe drzwi. Po chwili podniosły się one z tym samym nieprzyjemnym skrzypnięciem i obydwaj wyszli z pomieszczenia. Żołnierz nałożył Adrianowi zdjęte przed posiłkiem kajdany i wziąwszy go pod rękę zaczął iść tuż za Crowem. Przeszli niewielkim korytarzem i dotarli do kolejnego pomieszczenia, którego pilnowało kolejnych dwóch strażników. Olbrzym kiwnął głową i jeden ze strażników otworzył drzwi. Crow spojrzał na Adriana i sam zdjął mu kajdany. Rzekł:
- Masz pięć minut. Nie próbuj żadnych sztuczek, bo skończymy wizytę. Zrozumiano!?- Shephard skinął nie patrząc na giganta i powoli wszedł do pomieszczenia. Drzwi natychmiast zamknęły się za nim pozostawiając kaprala w ciemnej celi. Od razu dostrzegł wysokiego, barczystego mężczyznę stojącego tuż pod niewielkim, zakratowanym oknem. Rozpoznał go w mgnieniu oka:
- Marco!- Ten przymrużył powieki i krzyknął:
- Adrian! Ty żyjesz!- i rzucili się w objęcia, jak starzy dobrzy przyjaciele, którzy nie widzieli się całe wieki, choć w istocie tak właśnie było. W końcu Shephard przerwał euforię i z zadowoleniem rzekł:
- Ale się zmieniłeś, bracie! Jakbyś przeszedł sto wojen!- Marco uśmiechnął się i uniósł ręce w górę. Obecnie wyglądał na zdrowego, silnego mężczyznę w granicach czterdziestki. Posiadał typowy, hiszpański wygląd: ciemna cera poorana bruzdami, kruczoczarne włosy, gdzieniegdzie przyprószone pierwszymi oznakami siwizny, czarny, dość gęsty zarost i grube, ciemne brwi unoszące się nad bystrymi, brązowymi oczami. Marco nie kryjąc ogromnego zadowolenia rzekł:
- Choć minęło dwadzieścia lat, ty nadal wyglądasz tak samo Adrianie. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale to nieważne. Najważniejsze, że żyjesz.- poklepał przyjaciela po ramieniu, a Adrian zapytał:
- Nie spotkałeś może Bradleya i Johnsona? Wiem, że to zabrzmi głupio, ale pomyślałem, że cały ten czas trzymaliście się razem, więc...- Zobaczył jednak reakcję Rodrigueza i zaniechał pytania. Marco położył dłoń na czole i zaczął płakać:
- Oni... Oni nie żyją... Ci skurwy*yni zastrzelili ich, a mnie ujęli. Boże, dlaczego nie mogłem umrzeć razem z nimi...!- Osunął się na ścianie i usiadł na podłodze. Adrian chciał podejść i pocieszyć przyjaciela, ale natychmiast tego zaniechał. Przybrał poważną minę i rzekł:
- Uciekniemy z tego pierdolo*ego więzienia. Obiecuję ci to. Pomścimy śmierć naszych...
- Koniec wizyty! Następna za tydzień o tej samej porze, ha, ha, ha!!!- krzyknął przeraźliwie Crow i z równie wielkim hukiem otworzył drzwi. Shephard spojrzał na Rodrigueza i zdobył się na słaby uśmiech. Marco odpowiedział mu tym samym i ponownie ukrył twarz w dłoniach. Kapral tymczasem posłusznie wyszedł z celi i wyprostował ręce. Crow zamknął drzwi i rzekł:
- Zabieraj łapska Shephard! Idziemy do twojej starej celi. Przebierz się, bo wyglądasz niczym ścierwo. Ruszamy!- i udali się do końca korytarza. Następnie skręcili w prawo i dotarli do ostatnich drzwi po prawej stronie. Adrian od razu rozpoznał to miejsce. Jego stara cela czekała pusta przez kilka godzin i teraz pusta go witała. Na środku pomieszczenia znajdowały się jego stare jeansy, podarta podkoszulka i ubrudzone buty sportowe. Crow pchnął Adriana i zamknąwszy drzwi nakazał pilnować Shepharda strażnikowi, po czym odszedł gwiżdżąc donośnie. Adrian tymczasem przebrał się i załatwiwszy potrzeby fizjologiczne w starym, zardzewiałym sedesie położył się na podłodze i starał zasnąć. Przez jakiś czas lekko bolała go głowa, a on sam odruchowo łapał się za niewielki opatrunek pozostający po zabiegu.- Oby mówił prawdę.- pomyślał i zapadł w głęboki sen nie mogąc się już doczekać kolejnego dnia.

Zbudził go donośny krzyk nikogo innego jak miejscowego osiłka- Crowa:
- Wstawaj Shephard! Pieprzone śniadanko! Rusz dupę!- Adrian z początku nie wiedział o co chodzi, ale gdy po chwili przetarł oczy i doszedł do siebie ruszył w stronę drzwi. Crow stał dumnie i trzymał niewielką miseczkę z podejrzanie wyglądającą szarą papką. Kapral odebrał od olbrzyma posiłek i spojrzał się na niego z obrzydzeniem. Crow natomiast rzekł z uśmiechem:
- Jak już mówiłem teraz będziesz regularnie jadał takie oto posiłki. Smacznego!- Zamknął Adrianowi drzwi przed nosem i ruszył w swoją stronę. Shephard natomiast stał jeszcze przez chwilę wpatrzony w owsiankę. Ruszył pod ścianę i powąchawszy stwierdził, że chyba posiłek nie jest taki zły. Miał zapach papki zbożowej, w której pływały kawałki suszonych owoców.- A co mi tam.- stwierdził i zabrał się do konsumpcji. Po chwili skończył posiłek i stwierdziwszy, że wcale nie był najgorszy postawił pustą miseczkę przed drzwiami. Wyjrzał przez zakratowane okienko. Dostrzegł wierzchołki budynków kryjących się za żelaznym, wysokim murem okalającym Strefę.- Hmm, czyżby Strefa znajdowała się w centrum Miasta 24?- zaczął się zastanawiać młody żołnierz. Przypomniał sobie słowa dr-a Rosenberga i wywnioskował z nich, że tutaj właśnie mieści się główna baza sił Kombinatu na terenie Niderlandów. Słońce natomiast powoli wznosiło się na sam szczyt nieboskłonu.- Jeśli mężczyzna mówił prawdę, za chwilę się zacznie.- Oderwał wzrok od okna i oparłszy się o ścianę siadł w milczeniu i rozpoczął uciążliwe czekanie. Minuty mijały niezwykle wolno. Adrian co chwila opuszczał głowę i zapadał w małą drzemkę. Gdy już miał zasnąć na dobre poczuł przeszywający ból w skroniach, rozszerzający się na całą czaszkę. Agonia była nie do zniesienia.- Zaraz głowa mi eksploduje.- pomyślał przelotnie Shephard i pędem ruszył w stronę drzwi. Gdy zaczął w nie walić z całej siły, ból momentalnie ustał. Adrian otrząsnął się i zrozumiał, że trzeba działać. Tymczasem żołnierz Kombinatu popełnił pierwszy błąd. Zamiast zaalarmować o zachowaniu więźnia sam otworzył drzwi. Po chwili zaś popełnił kolejny, kluczowy błąd. Gdy zobaczył Adriana stojącego spokojnie jak gdyby nigdy nic, z pięściami uniesionymi ku górze zaczął wpatrywać się w niego nie reagując. Adrian wykorzystał sytuację. Silnym prostym powalił żołnierza na posadzkę nim ten zdążył połapać się o co chodzi. Błyskawicznymi ruchami zaciągnął go do celi i zamknąwszy drzwi zaczął go rozbierać. W momencie, gdy nałoży kombinezon wojskowy żołnierza, ten ocknął się. Shephard zobaczył to i tym razem podbródkowym posłał wroga do krainy snów. Rozerwał swoją koszulkę i związał nią ręce i nogi policjanta. Z resztek materiału zrobił knebel i zatkał nim usta żołnierza. Następnie oparł go o ścianę w samym rogu celi. Nabrał kilkakrotnie powietrze w płuca i nałożywszy maskę ruszył na korytarz. Strój był niezwykle niewygodny. Ciepłe powietrze przedostawało się do jego płuc dając nieprzyjemne wrażenie.- Jak oni mogą w tym chodzić?- zastanawiał się, gdy zamykał drzwi od celi. Klucze natomiast wrzucił do pomieszczenia przez szczelinę między drzwiami a podłogą. Spojrzał czy nie ma żadnych kamer i gdy stwierdził, że jest bezpiecznie ruszył w kierunku celi Marco Rodrigueza. Ku jego zdziwieniu teren był całkowicie czysty. Ani śladu strażników. Ruszył długim korytarzem do końca i skręcił w prawo. Niemal od razu spostrzegł celę Marco. Stał tam tylko jeden żołnierz.- Świetnie.- pomyślał Adrian i pewnym krokiem ruszył w jego stronę. Zatrzymał się przed nim i rzekł:
- Dostałem rozkaz przeniesienia więźnia do innej celi. Lord Thanatos chce z nim pilnie porozmawiać.- Strażnik tylko kiwnął głową i od razu otworzył drzwi. Wszedł razem z Adrianem do celi i zamknął je. Marco ujrzawszy dwóch strażników wstał pospiesznie i z przestrachem zapytał:
- Czego ode mnie chcecie?- Adrian błyskawicznie uderzył w potylicę Combine, a ten osunął się na ziemię. Shephard zdjął maskę i rzekł w stronę zaskoczonego Rodrigueza:
- Witaj ponownie, Marco. Spieprzamy z tego miejsca.- Hiszpan błyskawicznie podbiegł do kaprala i pomógł mu zawlec nieprzytomnego policjanta pod ścianę. Gdy już się z tym uwinęli Adrian rzekł:
- Prędko! Przebierz się w jego kombinezon.
- Ale...
- Nie mamy czasu! Jeśli się zorientują, to po nas.- Rodriguez wykonał polecenie przyjaciela dodatkowo wiążąc żołnierza. Po chwili zaś rzekł:
- Jeśli Thanatos zorientuje się o co chodzi, a jego ludzie nas złapią to rzeczywiście zginiemy.- Adrian kiwnął głową. Już mieli wychodzić z celi, gdy nagle do środka wszedł Crow:
- Co do...!?- zaczął, ale błyskawicznie wylądował na posadzce po niezwykle mocnym kopnięciu w krocze. Uniósł głowę i ujrzał Adriana Shepharda pochylającego się nad nim:
- Gasimy światło.- rzekł z uśmiechem kapral i niezwykle potężnym sierpowym pozbawił osiłka przytomności...

Thanatos szedł w towarzystwie czterech żołnierzy ubranych w białe kombinezony i dzierżących w dłoni potężne karabiny maszynowe. Jednym ruchem wyrwał metalowe, mosiężne drzwi do celi i wszedł do środka. Na posadzce leżał Crow, który powoli dochodził do siebie. Z nosa kapała mu krew, a prawy policzek napęczniał i stał się ciemnofioletowy. Thanatos podszedł do olbrzyma, a ten błyskawicznie wstał, jak gdyby nigdy nic. Imperator krzyknął:
- Ty idioto! Imbecylu! Jak mogłeś pozwolić im uciec!- Crow nie wiedząc co ma rzec odrzekł cichym, łamliwym głosem:
- Lordzie Thanatosie, wzięli mnie z zaskoczenia. Ja naprawdę...
- Milcz! Wszyscy jesteście partaczami! Czy ja naprawdę zawsze muszę brać sprawy w swoje ręce?- Gigant spuścił głowę i założył ręce do tyłu, niczym karcone przez rodziców dziecko. Thanatos chodził to w jedną, to w drugą stronę i machał nerwowo prawą dłonią:
-Ten szczur Shephard w jakiś sposób wyłączył nadajnik! Jak go dostanę osobiście wyrwę mu serce!- Crow rzekł pewniejszym głosem:
- Znajdę go wielki imperatorze. Już niedługo będzie gryzł podłogę. Dopilnuję tego.
- Ja myślę! Ogłosić alarm!- dwóch żołnierzy kiwnęło głowami i błyskawicznie odstąpiło od pozostałych. Thanatos natomiast rzekł:
- A ty Crow weź ludzi i przeszukaj ośrodek. Roześlijcie też patrole na ulice. Nie mogą się wymknąć ze Strefy i miasta. Zrozumiano?
- Tak jest!- krzyknął Crow i już miał wybiegać z celi, gdy nagle imperator rzucił w jego stronę:
- Gdy go znajdziesz, przyprowadź do mnie.- Olbrzym skinął i pobiegł jednym z korytarzy. Thanatos tymczasem wyjął z kieszeni spodni buteleczkę z lekami. Odczepił dwa małe zapięcia wokół maski, a żołnierze w tym czasie odwrócili głowy. Przywódca połknął dwie tabletki i schował resztę do kieszeni. Na powierzchni metalowych drzwi odbijała się przerażająca twarz Wielkiego Thanatosa...