Drugi front: Betonowa dżungla- Część pierwsza: Bishop

by BreenWalace


- O kur*wa! Ja tam nie zejdę...- krzyczał spanikowanym głosem Christiaan. Sklep, a raczej to co z niego pozostało nie był sam w sobie przerażający. Obszerna sala przechodziła w wąski korytarzyk zagracony przeróżnymi starociami. Kooistrę przeraziło coś innego. Na końcu niezwykle długiego korytarza znajdowały się stare, drewniane drzwi. Nie budziły jednak strachu i obrzydzenia, przynajmniej do czasu. Zdeformowana postać otworzyła je i stanęła obok zachęcając wędrowców zdecydowanymi ruchami ręki, by zeszli w trzewia śmierci. Droga prowadziła w czarną otchłań, której podstawą były schody usiane rozkładającymi się zwłokami martwych gryzoni i zmutowanych szkodników. Na ten widok Cornelius błyskawicznie oddał pokarm na posadzkę, a Kooistra zamknął oczy i spanikowanym głosem zaczął wręcz błagać:
- Nigdy! Wolę umrzeć tutaj, niż zostać pochłonięty przez to co tam żyje!- Ceuelmans nie zastanawiał się długo. Mocnym i szybkim uderzeniem w policzek młodego Holendra posłał go na deski:
- Uspokój się człowieku! Nic ci tam nie grozi. Załatwimy sprawę z Bishopem i wrócimy na powierzchnię.- Rozbiegane oczy Christiaana wędrowały po całym obszarze widoczności. W końcu spokojnie spoczęły na twarzy poważnego Claude'a, a ich właściciel rzekł przytłumionym, chwiejnym głosem:
- W porządku. Dam radę.- Claude pomógł mu wstać, a doktor Rosenberg doglądał Cora, który na twarzy stał się bladozielony. Zakapturzona postać stała w milczeniu i obserwowała całą sytuację. Kooistra zaczął z wolna dochodzić do siebie. W pierwszych sekundach jego dłonie drgały niesamowicie, ale z upływem czasu doszły do pełnej równowagi. Doktor Rosenberg spojrzał po twarzach Corneliusa i Christiaana i zdecydowanym głosem rzekł:
- Nie dacie rady. Christiaan, jest coś o czym nie wiem?- Kooistra spuścił wzrok i cichym głosem rzekł:
- Mam klaustrofobię.- Rosenberg westchnął i spojrzał na Calude'a. Dostrzegł na jego twarzy wyraźne zdenerwowanie. Ceuelmans natomiast ostro rzucił:
- Mówiłem, żeby go nie brać! Sprawia tylko same kłopoty!
- To nie moja wina, że...
- Zamknąć się!!!- ryknął Cornelius. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, włącznie z zakapturzoną postacią. Choć świadomie wykrzyknął te słowa, sam się zdziwił, że zabrzmiały one tak niezwykle groźnie, że nawet Phillip Rosenberg, niezwykle opanowany naukowiec, z niedowierzaniem utkwił swoje inteligentne spojrzenie w twarzy młodego lekarza. Vaart podrapał się za uchem i kontynuował:
- Sytuacja się skomplikowała. Christiaan ma klaustrofobię, więc nie zejdzie do podziemi. Ja również czułbym się tam nieswojo, więc razem z nim zostaniemy tutaj.
- Co ty Pier...?- Zapytał z niedowierzaniem Claude. Doktor Rosenberg zdecydowanym ruchem ręki przerwał przekleństwo Ceuelmansa. Z dużym opanowaniem w głosie rzekł:-
- Cóż. Cornelius ma rację. Tam na dole, na niewiele by się zdali, a tu poczekają na nas bezpiecznie.- Po długim milczeniu głos zabrała zakapturzona postać:
- Bishop nie będzie na was czekał. Zdecydujcie się.- Rosenberg kiwnął głową i rzekł:
- Idziemy, prowadź.- Spojrzał na Corneliusa i zdziwionego Kooistrę i ruszył za postacią, by po chwili zniknąć w mroku rotterdamskich piwnic. Claude kipiącym od jadu spojrzeniem rzucił po twarzach dwóch mężczyzn i pośpiesznie ruszył schodami w dół. Cornelius odwrócił się i rzekł
- Nie przejmuj się nim. Zawsze tak reaguje i chyba nic nie zmieni jego charakteru.- Kooistra splunął i odparł:
- Chyba rzeczywiście niepotrzebnie się tu pchałem. Gdy wrócimy już nigdy nie opuszczę bezpiecznego obozowiska, przynajmniej do czasu, aż nie zostanę do tego zmuszony.- Ostatni raz rzucili wzrokiem na czarną otchłań i z widocznym grymasem obrzydzenia na twarzy ruszyli korytarzem do pomieszczenia, które kilka minut wcześniej opuścili...

**

... Szczelne, betonowe ściany powodowały niezwykły strach w sercu Claude'a Ceuelmansa. Odkąd zszedł do podziemi nie opuszczało go uczucie ciągłego mistycyzmu i monumentalności tych piwnic. W jego umyśle rodziły się wątpliwości czy aby nie zostaną zabici przez to, co tu żyje.- Chyba niepotrzebnie nakrzyczałem na Christiaana.- przeszło mu przez myśl. W jednej chwili serce podskoczyło mu do gardła i o mało co nie wrzasnął. Spojrzał pod nogi i zauważył niewielkiego szczura przebiegającego w ciemnych zakamarkach kanałów. Potężnie wypuścił powietrze z płuc i błyskawicznie dołączył do idącego szybkim krokiem doktora Phillipa Rosenberga podążającego za zakapturzoną postacią. Wszelkie konwersacje prowadzone przez dwóch Holendrów zaraz na początku wyprawy do ciemnych podziemi stały się ułudą, sytuacją odległą o tysiące lat wstecz. Teraz żaden dźwięk nie wydobywał się z ust obydwu mężczyzn. Zdeformowana istota co jakiś odwracała głowę i kipiącym od czerni wzrokiem obejmowała twarze Rosenberga i Ceuelmansa. Wszystko zatraciło tu jakiekolwiek znaczenie. Claude zastanawiał się jaki czas spędzili już w tych trzewiach śmierci. Godzinę, dwie, trzy? Równie dobrze mogło to być piętnaście minut lub cała doba. Szczerze mówiąc nie interesowało go to. Chciał jak najszybciej dotrzeć do tego całego Bishopa Crafta i czym prędzej opuścić kanały Rotterdamu. Zastanawiał się także co też może dziać się z Christiaanem i Corneliusem.- Pewnie siedzą sobie teraz w tym zasranym sklepie i obgadują mnie. I dobrze, należało mi się.- Myślał pozytywnie co w pewnym sensie dodawało mu otuchy.
- Wszystko w porządku, Claude?- Pytanie od dr-a Rosenberga wyrwało go niezwykle gwałtownie z tego letargu.
- Ssssłucham.....? Tak, tak. W porządku. Zamyśliłem się tylko.- Zakapturzona istota zatrzymała się w jednej chwili i skierowała wzrok ku starszemu mężczyźnie:
- To już niedaleko. Tylko mówcie konkretnie i krótko. Bishop nie lubi gdy traci się jego cenny czas.- Rosenberg i Ceuelmans jednocześnie kiwnęli głowami.- Cholera, zaczyna się niezbyt ciekawie.- pomyślał podenerwowany Claude i kontynuował marsz. Wraz z upływem czasu zaczęło się robić coraz jaśniej. Jakieś bladożółte światło emanowało ciepłą energią na szarą posadzkę kanałów. Jednocześnie powietrze oczyściło się i zrobiło rześkie. Claude starał się dociec skąd też wydobywają się niesamowicie wyglądające smugi światła i jego wzrok przykuły szczeliny w ścianie.
- Te słupy światła przecinające zakurzone powietrze nazywane są efektem Tyndalla.- Zagadnął przyjaźnie Rosenberg.
- Co proszę...?- Rzucił roztargniony Ceuelmans.
- Szczeliny zostały wyżłobione przez jakiś rodzaj owadów. Tak przynajmniej mi się wydaje. Światło wpadające przez nie przecina unoszący się tutaj kurz i tworzy niezwykle ciekawy efekt wizualny.- wyjaśniał fizyk.
- Zadziwiające i niezwykle ciekawe.- Rzekł Claude obserwując promienie. Teren uległ znacznemu obniżeniu. Ostrożnie stawiali teraz kroki i starali się nie upaść. Posadzka nachylona była pod niezwykle ostrym kątem. Claude zauważył także, że od korytarza nie odchodzą już żadne inne drogi.- Ciekawe- przemknęło mu przez myśl. Jego umysł z wolna zaczął się przejaśniać. Odkąd weszli w strefę zasilaną przez czyste powietrze mózg Ceuelmansa zaczął pracować na normalnych obrotach. Choć odzyskał siły witalne ciśnienie jego krwi wzrosło, gdy zakapturzona postać zatrzymała się w mgnieniu oka i z tonem przypominającym bulgot wody rzekła:
- To tutaj. Bishop czeka.- Dopadła do ściany i dotknąwszy jej, cofnęła się o krok. Kamienie zbite w monolit przesunęły się z głośnym echem w mrocznych zakamarkach miejskich kanałów. Rosenberg spojrzał na Claude'a i kiwnął głową. Holender przełknął ślinę i skinął. Ruszył za Rosenbergiem w mroczną otchłań tajemniczego pomieszczenia.

- Cholera! Nie ma już ich od dwóch godzin...- narzekał Kooistra. Nie mogąc znieść pasywności Corneliusa wstał i nerwowo zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Młody Vaart siedział na jednym z ocalałych krzesełek i patrzył w posadzkę. Jego oczy wyrażały totalną pustkę. Odpłynęły w potok wszelakich myśli. Nawet podenerwowany Christiaan nie był w stanie wyrwać go z ucieczki w zakamarki umysłu.
- Hmm, wydaje mi się, że obok był spożywczy. Nie sądzisz, że mogą tam być jeszcze piwa?
- Że co???- Zapytał zdziwiony Cor. Ostatni kwadrans był dla niego czasem w zupełnie innym świecie, toteż roztargnienie było zupełnie zrozumiałe.
- Piwa! P.I.W.A.- Rozumiesz czy mam jeszcze raz przeliterować...
- Daj spokój. Rozumiem cię doskonale, ale ja bym nie ryzykował. Doktor Rosenberg wyraźnie podkreślił abyśmy tu na nich zaczekali.- Młody Holender pokręcił przecząco głową i z młodzieńczym uśmiechem na twarzy rzekł:
- Nie sraj ogniem, bo spłoniemy Cor. Mamy gnaty, a poza tym to raptem kilka metrów. Gdyby coś tam było z pewnością usłyszałoby naszą rozmowę.- Cornelius splunął i podrapał się za uchem:
- Sam nie wiem...
- Na pewno mają tam fajki. Podkreślam. F.A.J.K.I...
- Stul ten dziób! Przekonałeś mnie. Chodźmy, ale załatwmy to szybko.- Zadowolony Christiaan strzelił z palców i z szerokim uśmiechem rzekł:
- Heh, wiedziałem, że się zgodzisz. Kocham cię.- Cornelius wstał i rzekł:
- Puknij się w łeb młody. Mamy pięć minut. Prowadź.- i ociągając się ruszył za podekscytowanym Kooistrą. Gdy opuścił pewne schronienie natychmiast uderzyła go fala przenikliwego chłodu. Spojrzał w górę. Jego wzrok momentalnie przykuły rotterdamskie biurowce. Ich martwe okna obserwowały obojętnie dwóch mężczyzn i śledziły ich najmniejsze ruchy.
- Szybciej. Nie podoba mi się tu.- rzucił w stronę Christiaana. Kilka chwil później byli już u progu drzwi prowadzących do sklepu spożywczego. Tablica wisząca nad drzwiami głosiła napis: U Neuendorffa. Żartobliwy Kooistra zatrzymał się, spojrzał w górę i rzekł z rozbawieniem:
- Ciekawe co też porabia szanowny pan Neuendorff.
- Nie interesuje mnie to. Musimy się spieszyć. Coś czuję, że stanie się coś złego. Idź.- Niepewnym krokiem przekroczyli progi sklepu. Ku ich zdziwieniu wnętrze było niezwykle uporządkowane. Półki stały na swoim miejscu. Podłoga nie grzeszyła bałaganem natomiast szyby nie posiadały śladów jakiegokolwiek zabrudzenia. Cornelius wyjął zza paska broń i odbezpieczył ją. Kooistra poszedł za jego przykładem.
- Uważaj. Dla mnie jest tu zbyt cicho i czysto.- rzucił Cornelius, a Christiaan nawet nie patrząc w jego stronę skinął i pewnym krokiem skierował się do lodówek stojących po drugiej stronie marketu. Z biegiem czasu obawy ustąpiły w umyśle Vaarta i zaczął coraz pewniej czuć się w nowym otoczeniu. Gdy zobaczył Kooistrę pałaszującego chłodziarki z piwami sam ruszył w poszukiwaniu papierosów. Skierował się w stronę kasy i od razu dojrzał kartony z wyrobami tytoniowymi.
- Cor! Zobacz! Mają tu nawet najlepsze piwno na świecie!- niemal krzyczał podniecony Christiaan.
- Taa? A jakie?- zapytał z udawanym zainteresowaniem Cor, który przerzucał kartony papierosów.
- Tyskie prosto z Polski! Mhmm, nie piłem go już dobrych kilka lat.- Cornelius usłyszał soczysty dźwięk otwieranej butelki. Sam w końcu znalazł upragnione fajki.
-Ha... znalazłem w końcu Marlboro czerwone. Wiesz co? Otwórz mi jedną butelkę. Co jak co, ale Polacy robią najlepsze piwo na świecie.- Christiaan pociągnął spory łyk z butelki i rzekł z uradowanym tonem:
- Zimne, świeże i najlepsze. Chodź tutaj i dawaj fajkę.- Cornelius nie zastanawiał się i wziął cztery paczki ulubionych papierosów. Szybkim krokiem dopadł do zniecierpliwionego Kooistry i przejął od niego butelkę z alkoholem. Otworzył zręcznym ruchem i rozpieczętował paczkę tytoniu. Wyjął papierosa i poczęstował Christiaana.
- Cholera, poszukaj zapalniczki.- rzekł w stronę Kooistry młody lekarz, a ten czym prędzej zabrał się do roboty. Pobiegł w stronę niewielkich półeczek i zaczął wertować we wszelakich produktach. Cornelius tymczasem pił piwo i rozglądał się po całym markecie.
- Niezwykle tu czysto.- mruknął pod nosem.
- Co tam biadolisz?- zapytał wciąż zajęty szukaniem zapalniczki młodzieniec.
- Nic, nic. Pospiesz się. Za chwilę stąd spadamy.
- Znalazłem!- krzyknął uszczęśliwiony Christiaan i już miał ruszyć w stronę Corneliusa gdy nagle usłyszał za sobą donośny głos:
- Stój! Ani kroku dalej, bo rozwalę ci ten kudłaty łeb.- Zatrzymał się w mgnieniu oka i zamknął oczy. Cornelius odwrócił głowę i zobaczywszy niezwykle wysokiego mężczyznę przykładającego shotguna do pleców przyjaciela wyjął broń zza pasak spodni.
- Nawet się nie waż. Rozwalę go, ostrzegam.- Vaart pierwszy raz od kilku miesięcy nie wiedział jak zareagować. Miał świetny refleks i wzrok, ale z takiej odległości posiadał niewielkie szanse na szybkie zdjęcie napastnika, który w dodatku miał na muszce Kooistrę. Podjął szybką decyzję i położył pistolet na posadzce. Wysoki mężczyzna kiwnął głową i rzekł:
- Teraz pchnij broń w moją stronę, tylko bez gwałtownych ruchów.- Młody Holender wykonał rozkaz nieznajomego, po czym wstał i uniósł ręce w geście poddania się. Nieznajomy rzekł zdenerwowanym głosem:
- Niepotrzebnie tu przychodziliście. To mój teren i nikt nie ma prawa przebywać tu bez mojej zgody.
- Ale my tylko...
- Zamknij ten parszywy ryj śmieciu!!! Naruszyliście czyjąś własność. Musicie ponieść za to karę.- O kurwa, to psychol!- pomyślał gwałtownie Vaart i zaczął poważnie obawiać się o nieszczęsnego Christiaana. Mężczyzna szeroko uśmiechnął się i rzekł
- Teraz patrz gnido jak ginie twój nędzny towarzysz. Na końcu zajmę się tobą. Przywitacie Stwórcę.- Wybuchnął donośnym śmiechem. Christiaan zaczął nerwowo trząść wargami i wypowiadał bezgłośne słowa z zamkniętymi oczami. Cornelius dostrzegł jednak coś dziwnego. Za plecami Holendrów poruszyła się kotara. Wyostrzył wzrok. Kotara odsunęła się błyskawicznie i wyszła z niej postać. Nieznajomy świr wciąż się śmiał, a postać stała się całkowicie widoczna. Cornelius dostrzegł na jej głowie headcraba.- Tak, jest szansa.- pomyślał i krzyknął świadomie:
- Człowieku, uważaj! Za tobą jest umarlak!- Świr ucichł zdecydowanie, ale wciąż się uśmiechał. Kooistra otworzył oczy i spojrzał w twarz Corneliusowi. Vaart zdecydowanym ruchem głowy dał do zrozumienia, by ten zaraz zareagował. Nieznajomy przestał się śmiać i rzekł:
- I myślisz, że w to uwierzę śmieciu...- nie dokończył, gdyż trup wbił mu w plecy niezwykle długie szpony. W tym samym momencie Cor krzyknął:
- Teraz!!!- Kooistra uskoczył bok, a nieznajomy strzelił w niekontrolowanym odruchu z panicznie głośnym krzykiem na ustach. Zombie wgryzł się w szyje napastnika, a szkarłatna krew trysnęła z ogromnym ciśnieniem na czystą do tej pory podłogę. Mężczyzna ze słabnącym już krzykiem osunął się na posadzkę, a martwiak dobrał się do jego gasnącego ciała. Cornelius podniósł broń i podbiegł błyskawicznie do podnoszącego się Kooistry.
- Wstawaj.- rzekł i podał mu broń. Gdy ten wstał, Cor rzekł:
- O mały włos.- i strzelił w coś, co obecnie przypominało głowę nieszczęsnej istoty. Ciało osunęło się na posadzkę i zastygło bezruchu. Vaart odwrócił się i rzekł:
- Myślałem kurwa, że już po nas. Pieprzony psychol.
- Uważaj!!!- ryknął Christiaan i strzelił w stronę nieznajomego, który podniósł shotguna i starał się wymierzyć do odwróconego Cora.
- Giń szmato!!!- krzyknął Kooistra i oddał pięć celnych strzałów w głowę napastnika. Krew obryzgała wszystko wokoło.
- Jeden do jednego, Cor.- rzekł zasapany Kooistra i przeszedł obok zszokowanego Corneliusa. Podniósł broń martwego mężczyzny i rzekł:
- Masz rację. Spadamy stąd... O kur*a!!! Co to!?- Spojrzeli w stronę rotterdamskich biurowców.
- Spieprzamy stąd!!!- ryknął Cornelius i wskazując drzwi zaplecza ruszył w ich stronę. Kooistra nawet nie obrócił głowy i ruszył niemal z nieziemskim sprintem za przyjacielem. Tymczasem z wieżowców dało się słyszeć dziesiątki, a nawet setki przeraźliwych krzyków. Po jednej ze ścian zaczęły spadać przedziwne istoty. Nie, nie spadały. One schodziły z niewyobrażalnie szybkim tempem...
Pomieszczenie przypominało prywatny gabinet dr-a Rosenberga, który był jego siedzibą zaledwie przed kilkoma dniami. Po prawej stronie znajdowały się meble, a na zimnej posadzce spoczywała skóra białego niedźwiedzia, nadająca średniowieczny wygląd komnacie. Na końcu znajdował się drewniany stół i kominek, w którym żywo płonął ogień. Tuż przed paleniskiem stał stary, czerwony fotel, w dodatku zwrócony w stronę ciepłego żaru. Rosenberg i Ceuelmans weszli w teren pokoju, a kamienna ściana zamknęła się za nimi niosąc echo przez dziesiątki kilometrów sieci tuneli. Stali tak przez chwilę w milczeniu, dopóki nie rozległ się donośny głos:
- Kim jesteście i czego tu szukacie?- Rosenberg natychmiast rozpoznał starego przyjaciela:
- Witaj Bishopie. Tu Phillip.- Postać błyskawicznie wstała i odwróciła się. Ciało gęsto pokryte było zielonym nalotem, a jeden oczodół całkowicie zakrył się szarą naroślą. Łysa, zniekształcona czaszka spoczywała na nienaturalnie długiej szyi co powodowało, że owa postać posiadała dobrze ponad dwa metry wzrostu. Stwór ubrany był tylko w przetarte dżinsy. Jego długie kończyny spoczywały wzdłuż spaczonego ciała. Jedno oko było całkowicie czarne co nadawało postaci szczególnie przerażający wygląd. Claude o mało co nie krzyknął, a dr Rosenberg stał i z niezwykłym spokojem patrzył w stronę mutanta.
- Phillip? To naprawdę ty?- rzekł Bishop z niezwykle pełnym wzruszenia tonem.- Minęło tyle lat.
- Tak przyjacielu, to ja.- Już miał podejść w stronę postaci, gdy ta gwałtownie cofnęła się o krok:
- Nie zbliżaj się do mnie. Nie możesz mieć ze mną kontaktu. Moja choroba postępuje niezwykle szybko i nie pozostało mi już wiele dni życia.- Rosenberg przystanął w mgnieniu oka i rzekł:
- Sądziłem, że pracujesz nad lekarstwem.- Bishop westchnął i odparł:
- Nic nie przywróci mi mojego dawnego wyglądu. Pogodziłem się z tym jednak i pragnę umrzeć w spokoju. Ale podobno macie do mnie jakąś ważną sprawę.- Rosenberg poprawił okulary i rzekł poważnym głosem:
- Ruch oporu upada. Thanatos posiada niezwykle silną, teraz już zmechanizowaną armię gotową niszczyć wszystko co stanie na jego drodze. Pamiętam, że tuż po inwazji sił Kombinatu prowadziłeś badania nad potężnym laserem impulsowym, który aktualnie mógłby poprawić naszą sytuację na polu walki. W imieniu całej wolnej ludności Niderlandów proszę, byś użyczył nam pomocy w postaci tego lasera. Jeśli jest jeszcze jakakolwiek szansa na wygranie tej wojny, to właśnie teraz nadarza się najlepsza okazja. Właśnie w tym momencie Thanatos grupuje siły i wyłącznie zaskoczenie pomoże nam w batalii.- zakończył monolog, po którym an stałą długa chwila milczenia. Claude Ceuelmans nie śmiał wtrącić się do rozmowy. Stał i przerzucał wzrok z twarzy Bishopa, na twarz Rosenberga. Po kilkunastu sekundach Bishop odezwał się:
- Mimo mojego wyglądu jestem człowiekiem i także twoim przyjacielem. Thanatos wyrządził wiele zła naszej ukochanej ziemi i byłbym głupcem, gdybym nie pomógł wam w walce z uzurpatorem. Kombiant musi opuścić Ziemię i nasza w tym głowa Phillipie.- podszedł do stołu i zrzucił niego starą szmatę. Urządzenie leżące pod nią było sporych rozmiarów. Posiadało około dwóch metrów i było niezwykle szerokie i z pewnością ciężkie. Rzekł:
- Oto jest laser impulsowy, na zbudowanie którego poświęciłem najlepsze lata mojego życia. Czekałem na chwilę, w której zrewolucjonizuje on ludzkość. Teraz ta chwila nadeszła. Weź go, jest twój Phillipie. Moi ludzie przetransportują go na powierzchnię, a następnie zdezynfekują, byście mogli dotykać go bez zagrożenia zarażeniem chorobą popromienną.- Rosenberg podłamanym głosem rzekł:
- Dziękuję ci w imieniu Holandii Bishopie. Myślę, że jeszcze się spotkamy.- Craft uśmiechnął się słabo i rzekł:
- Niewykluczone...- urwał w połowie, gdyż do ich uszu doleciał niesamowity krzyk. Bishop krzyknął:
-Moi ludzie oznajmili mi, że zostawiliście na powierzchni dwóch przyjaciół.- Claude skinął. Craft westchnął i rzekł:
-A zatem módlcie się, by wyszli cało z tej wyprawy. Przed chwilą rozpoczęła się pora żerowania martwych.- Rosenberg spojrzał na Claude'a i rzekł:
-Musimy po nich wracać.- W tym momencie uchyliła się ściana i ukazała się postać, z którą uprzednio tu przybyli.
- Nie macie wiele czasu. Martwi rozpoczęli żer.- Rosenberg spojrzał po raz ostatni w twarz Bishopa i rzekł:
- Dziękuję.- Craft uśmiechnął się słabo i skierował się w stronę fotela. Ceuelmans, Rosenberg i zakapturzona postać biegli teraz czym prędzej, by zdążyć na powierzchnię. Krzyki stawały się coraz wyraźniejsze. Powoli witała ich betonowa dżungla i jej martwi łowcy...