Drugi front: "Witaj w piekle Shephard"

by BreenWalace


Jednym z najgorszych dni w życiu Adriana Shepharda był bezapelacyjnie pierwszy i oficjalny pobyt w koszarach wojskowych. Pamiętał ten dzień, gdy to właśnie pięć bitych lat temu przekroczył bramę strzeżoną przez facetów w ciemnozielonych uniformach patrzących spod byka na każdy jego gest. Pierwsze godziny były najcięższe, przynajmniej dla niego. Co prawda poznał kilku fajnych chłopaków z jednostki:

"Witaj w piekle Shephard..."- Żartował zawsze starszy szeregowy John La Monte. Tak, to był ten sam John... Ten, którego wnętrzności ułożone nieregularnie w stosunku do rozszarpanego już ciała spoczęły na zawsze w ruinach niezapomnianego kompleksu badawczo- naukowego o "krótkiej", a zarazem treściwej nazwie BLACK MESA RESEARCH FACILITY. Drugim, lecz bezapelacyjnie NAJGORSZYM z dni był feralny 5 kwietnia 1998 roku. Jak pisał w swoim pamiętniku:

"Nasze samoloty przeleciały nad skałami pustyni Nevada dokładnie o 11.04...". Dokładnie dwie minuty później te V-22 Ospreye, wielozadaniowe maszyny powietrzne, zostały z ogromnym hukiem zestrzelone. Dym, kurz, krzyki, krew, flaki... Dziesiątki rannych i zabitych. Atrakcja dnia drugiego- najgorszego. Wyszedł z tego i przez cały czas uważał, że był w tym palec Boży. Palec Stwórcy, który niestety w tych ruinach stał się zupełnie martwy. Adrian załamał się, stracił wiarę w swoje dotychczasowe, osobiste dogmaty.

Sytuacja z czasem zmieniła się i z przysłowiowej rynny cofnął się pod deszcz. Znalazł chłopaków, oczywiście tych z drużyny: Johna La Monte (niech spoczywa w spokoju), Shawna Bradleya, Vaclava Radzinsky'ego (niech spoczywa w spokoju) i przede wszystkim Marco Rodrigueza- "Ostatni z Pierwszych i Pierwszy i Ostatnich"- bo tak właśnie go nazywali. Wśród tego zgiełku i wojennego galimatiasu zapamiętał jedną, nieszczególną rozmowę przeprowadzoną z czarnoskórym szeregowcem Shawnem Bradleyem:

"Pamiętasz Adrianie, gdy mówiłeś, że pierwszy tydzień zawodowego wojska to najgorszy okres w twoim życiu?" "Pamiętam, choć teraz te słowa wydają mi się odległe o tysiące lat. Ale dlaczego o to pytasz?" "Pytam, bo teraz nadszedł drugi taki okres."

"Nie zaprzeczę, choć mam nadzieję, że jeszcze sporo życia przede mną."

"Z pewnością. Tylko wiesz co?"

"Zamieniam się w słuch."

"Do trzech razy sztuka, taki mały jubileusz..."

22 rocznica. Mamy dzień 5 kwietnia 2020 roku. Miasto 24, okolice Rotterdamu. "Mężczyzna w garniturze" kolejny raz zaskoczył młodego kaprala: - Taki mały jubileusz panie Shephard. Witaj w piekle...

**

- Witaj w piekle...- wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.

- Powtórz głośniej bo nic nie słyszę.- rzucił w jego stronę Marco. Adrian spojrzał na niego i odparł sprytnie ukrywając zdziwienie:

- Nic, nic. Mówiłem do siebie.- Marco rozejrzał się wokoło i rzekł:

- W porządku. Myślałem, że coś ci dolega, ale skoro nic to chwała Bogu. Musimy się spieszyć. Jeszcze nie zorientowali się o co chodzi, ale to nie oznacza, że możemy sobie spacerować po tej pieprzonej bazie kompletnie niezauważalni.- Maski ciążyły im niesamowicie, ale nie mieli innego wyboru. Szli ramię w ramię po jednym z wielu korytarzu kompleksu Thanatosa i szukali najprostszej drogi ewakuacji. Pięć minut temu zdołali uciec z więzienia, ale równie dobrze pięć minut później mogli znów w nim być. Konsekwencje tej ucieczki mogły być jednak fatalne w skutkach. Musieli uważać na każdy, nawet najmniejszy gest. Ich rozmowa błyskawicznie umilkła, a dwaj mężczyźni przyodziani w kombinezony civil protection ruszyli w poszukiwaniu wyjścia. Przeszli długim korytarzem i dotarli do mosiężnych, metalowych drzwi. Adrian spojrzał w górę. Nie spostrzegł żadnych kamer oraz innych czujników:

- Droga wolna.- rzucił w stronę Marco i otworzył drzwi. Przywitała ich klatka schodowa i oczywiście kilkanaście stopni prowadzących w górę i w dół. Żadnych żołnierzy, żadnych kamer, żadnych czujników. Adrian uniósł jedną brew do góry w geście irytacji i rzekł z ironią w głosie:

- Świetny ośrodek. Chyba tylko w głównym okręgu posiadają pewne zabezpieczenia.- Marco rozejrzał się chwilę czy nikogo nie ma w pobliżu i odparł:

- To jest najprawdopodobniej stara część jakiegoś więzienia, więc nie dziw się. Poza tym nie możemy lekceważyć Thanatosa i jego żołdaków. Dobrze wiesz, że gdyby nas złapano mielibyśmy przepieprzone. Nie narzekaj, bo nie ma na co.- Adrian speszył się trochę i rzekł:

- Masz rację, ale to było takie proste.- Wypowiedział te słowa nie w porę, gdyż momentalnie włączyły się syreny zamontowane prawdopodobnie na terenie całego kompleksu. Rodriguez spojrzał na Shepharda i rzekł:

- Mówisz, masz. Spieprzajmy stąd.- Młody kapral rzekł:

- No to się ku*wa zaczęło. Chodźmy w dół.- Po tych słowach ruszyli szybkim krokiem po schodach prowadzących w dół budynku. Na każdej klatce, którą przemierzali dostrzec można było niewielki reflektor solarowy zamontowany w samym rogu sklepienia. Błękitno-szare światło, które padało na ich sylwetki nadawało mroczny klimat najstarszej części ośrodka wojskowego Kombinatu. W ciągu tych kilku minut ucieczki żaden z przyjaciół nie śmiał się odezwać słowem. Adrianowi przypomniał się czas, gdy to dokładnie w piątkę przemierzali najmroczniejsze zakamarki Black Mesa w poszukiwaniu drogi ucieczki z tego piekła.- W piątkę zawsze raźniej.- pomyślał młody kapral. Miał oczywiście rację, choć ta piątka miała się znacznie uszczuplić. Najpierw Vaclav, następnie Duży John. Została ich tytko trójka. Trójka... Trójka.... Trójka....- Taki mały jubileusz...- odzywał się w jego głowie Shawn Bradley. A następnie: "Witaj w piekle..."- głos "Mężczyzny w garniturze"...

- Adrian, ocknij się!- Shephardem wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz. Pustka wypełniła się rzeczywistym światem i jego oczom ukazał się zaniepokojony Marco Rodriguez.

- Człowieku, tracisz kontakt z rzeczywistością. Jeśli nie weźmiesz się w garść złapią nas. Słyszałem echo otwieranych drzwi. Już wiedzą, że tu jesteśmy. Ruszajmy prędko!- Klepnął Adriana w ramię i podążył w dół. Shephard błyskawicznie ruszył za kompanem. Pozostały im już tylko trzy klatki schodowe. Gdy dobiegali już do parteru metalowe drzwi po prawej stronie otworzyły się. Refleks żołnierzy był nadal świetny, niemal taki, jak przed dwudziestoma dwoma laty. Adrian potężnym kopniakiem uderzył w drzwi, które staranowały policjantów Kombinatu. Shephard ruszył w dół i zrzucił maskę. Rzekł w stronę Marco:

- Możesz zdjąć to gówno. I tak wiedzą, że tu jesteśmy.- Rodriguez bez słowa sprzeciwu wyrzucił maskę i pobiegł za Adrianem. Po kilku sekundach stali już na parterowej posadzce. Droga do wyjścia stała przed nimi otworem. Ostatnie drzwi dzieliły ich od świata zewnętrznego. Adrian podszedł spokojnie i chwycił za klamkę.

- Cholera! Te drzwi nie były otwierane...

- Od niespełna dwudziestu lat.- dokończył Marco. Adrian skwitował to uśmiechem. Rzekł:

- Poszukaj jakiegoś drążka, nie wiem... Albo belki...- Rodriguez uśmiechnął się:

- Mam lepszy plan.- wyciągnął pałkę elektryczną i uruchomił ją. Błękitne światło rozjaśniło mrok:

- Odsuń się!- krzyknął energicznie Hiszpan i z całej siły uderzył w metalowy zamek, który z impetem rozprysł się na małe kawałeczki. Adrian ze zdziwieniem zapytał:

- Jak to zrobiłeś?- Rodriguez odparł:

- Po prostu ustawiłem największe napięcie, tyle. Nie czas na pogaduszki, spadamy.- Otworzyli oporne drzwi, po czym wyszli na powierzchnię. Fala chłodnego, nocnego powietrza uderzyła w ich twarze z przyjemnym uczuciem. Pierwszy oprzytomniał Adrian:

- Musimy zaryglować drzwi. Za chwilę będą tu psy Kombinatu.- Zaułek, w którym się znaleźli był wyjęty rodem z filmów kryminalnych, których akcja rozgrywała się w najmroczniejszych dzielnicach Nowego Jorku. Marco dopadł do jednego z koszy i zaczął szukać rzeczy, która mogłaby unieruchomić drzwi. Shephard tymczasem zaparł się na nich z całej siły i czekał na pierwszy szturm policjantów Combine. Po kilku chwilach nastąpiło potężne uderzenie. Adrian odskoczył do tyłu, ale nie odciągnął umięśnionych ramion:

- Pospiesz się do choler! Dłużej nie wytrzymam!- Zdesperowany Marco krzyknął:

-Myślę, że coś znalazłem.

- Więc dawaj to!- ryknął Adrian. Nastąpiło drugie uderzenie. Skóra na ciele młodego kaprala napięta była do granic możliwości. Rodriguez znalazł widocznie coś idealnego, gdyż przez jakiś czas mocował się z tym z równie wielkim impetem, co Adrian z drzwiami. Trzecie, najpotężniejsze uderzenie. Drzwi drgnęły i lekko uchyliły się. Policjanci skorzystali z okazji i jeden z nich włożył rękę w powstałą szczelinę. Adrian skupił wszystkie swoje siły, zaparł się z jedną ręką na metalowej płycie, a drugą sięgnął po elektryczną pałkę, po czym błyskawicznie ją uruchomił. Zamachnął się z całej siły i uderzył w rękę napastnika. PO drugiej stronie ściany dało się usłyszeć głośny okrzyk wyrażający ból. Rękę natychmiast ustąpiła, a z takiego przebiegu sytuacji skorzystał Adrian. Domknął drzwi i krzyknął:

- Szybciej. Czwartego uderzenia nie wytrzymam!- W tym momencie do drzwi dopadł Marco i podłożył pod nie trzy potężne, metalowe pręty. Oparł je pod niezwykle ostrym kątem o ziemię, a czwarte uderzenie sił Kombinatu wbiło je kilka centymetrów w głąb podłoża. Marco spojrzał na Adriana i rzekł:

- Prędko nie otworzą tych drzwi. Ale chodźmy stąd prędko, zanim przybędą posiłki.- Skonany Adrian kiwnął głową i wolnym krokiem skierował się za Rodriguezem. Tymczasem uderzenia w drzwi ustały, gdyż żołnierze z pewnością zorientowali się, że muszą poczekać na cięższy sprzęt, aby móc je sforsować. Rodriguez wraz z Shephardem dotarli do końca uliczki. Hiszpan spostrzegł pustą ulicę i spojrzał na okalające ją budynki. Na środku asfaltu leżała gazeta. Adrian pobiegł w jej kierunku i podniósł ją. Rodriguez rzekł nieustannie patrząc po zabudowaniach:

- A więc to jest Miasto 24.- Adrian rzekł podając gazetę Hiszpanowi:

- Teraz tak. Zobacz co te sukinsyny zrobiły z Hagą.- Rzeczywiście. Gazeta posiadała dość starą datę. Wydarzenia opisywane w niej dotyczyły inwazji sił Kombinatu na ziemię. Data oczywiście nie zdziwiła ich- 5 kwietnia 1998 r. Shephard rzekł:

- Chodźmy w jakieś bezpieczniejsze miejsce.- Rodriguez kiwnął głową i ruszyli wzdłuż ulicy. Po piętnastu minutach drogi skręcili w jedną z uliczek Miasta 24. Rodriguez rzekł:

- Odpoczniemy tu chwilę i ruszymy w dalszą drogę. Nie możemy zwlekać, gdyż czasu mamy niezwykle mało.- Usadowili się za jednym z pojemników na śmieci i otworzyli gazetę na tytułowej stronie. Adrian spytał:

- Znasz holenderski?- Rodriguez kiwnął głową. Shephard uśmiechnął się, a Marco zaczął czytać:

SPITS

Haga, 5.04.1998 r.

"Przybyli"

"Dzień pięty kwietnia stał się dla ludzkości przełomowym dniem. Dokładnie o godzinie 9.03. czasu miejscowego urzędnik banku p. Wytze Van Decke zauważył na niebie kilkanaście obiektów przypominających czarne koła. Zaniepokojony mężczyzna zadzwonił na policję. Po kilkunastu minutach funkcjonariusze z Posterunku nr 3 przyjechali na miejsce. Liczba obiektów zdecydowanie wzrosła i pokryła już niemal całe sklepienie znajdujące się na Hagą..."

- Cholera, w tym miejscu tusz rozmywa się. Nie widzę liter.- Adrian przetarł oczy i zapytał:

- Piszą coś dalej?- Rodriguez popatrzył i odparł:

- Tak jest jeszcze króciutki fragment i ostatni, najdłuższy. Przeczytam obydwa.- Adrian skinął i zapatrzył się w przestrzeń naprzeciw siebie. Rodriguez kontynuował lekturę:

" Godzina 11.21. Obiekty zaczynają się poszerzać. Specjaliści od zjawisk paranormalnych prowadzą nieustanne obserwacje. Na miejscu stacjonuje także wojsko...

- Tu jest tylko tyle. Przeczytam ostatni fragment:

"Godzina 13.30. Z czarnych dziur wyłoniły się humanoidalne istoty. Naukowcy nie są w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć. Z każdą minutą istot przybywa. Wojsko czeka na rozwój wydarzeń. Ogromne masy ludności opuszczają Hagę. Król nawołuje naród do pełnego spokoju. Profesor Weasley Kaatenberger określa tą sytuację jako: "przełomowe spotkanie I stopnia". Coraz więcej zwolenników nauki zbiera się na polach Hagi i czeka na rozwój wydarzeń. W kościołach prowadzone są msze święte. Ludzkość na całym świecie czeka. Niech Bóg ma nas w swojej opiece...

- Dalej tusz zlewa się w jedną, wielką, czarną plamę. To wszystko co piszą na temat inwazji.

- Tylko, że to nie była inwazja.- wtrącił Shephard nie odrywając wzorku od pustej przestrzeni przed sobą.
- Jak to?- zapytał zaskoczony Marco. Adrian rzekł:
- Pamiętasz te stworzenia z Black Mesa? Te, które niszczyły otoczenie za pomocą zielonego prądu?
- Tak, ale jakie to ma...?
- Takie, że te stworzenia były kontrolowane przez inne formy życia. Na prawej kończynie posiadały zielone obręcze. Każdy osobnik. Bez wyjątku. Myślę, że czas, w którym te istoty spokojnie lewitowały ponad Hagą był czasem przygotowania ich do inwazji. Rozumiesz? Pierwsza linia miała przygotować teren pod główny ośrodek nadzoru. Black Mesa z koeli było bazą wypadową. Tylko, że my mieliśmy zatuszować sprawę. Pamiętasz, o której wyleciały pierwsze oddziały naszych?- Marco otworzył szerzej oczy i odparł:
- Około czwartej nad ranem.
- Właśnie!- podniósł głos Adrian.- W Holandii pierwsze dziury pojawiły się pięć godzin później. Black Mesa wszystko rozpoczęło. Cały ten zasrany eksperyment spowodował burzę portali na całym świecie. Najpierw Stany, Holandia, Bułgaria... Taka była kolejność.- Marco skinął głową i rzekł:
- Wygląda na to, że Kombinat zniewala ludy i traktuje je jako mięso armatnie. Jeśli one przegrają walkę, on używa swoich głównych sił...- Rozmowę dwóch żołnierzy przerwały odległe syreny. Rodriguez ostrożnie poderwał się i wybiegł na ulice. Spojrzał w lewą stronę oraz prawą stronę i krzyknął w stronę Adriana:
- Cholera! Pojazdy Kombinatu już patrolują ulice!- Adrian wstał i zaczął się rozglądać. Dostrzegł metalową drabinkę na wysokości około czterech metrów:
- Marco, chodź tu! Szybko!- Hiszpan pobiegł w stronę młodego Amerykanina. Adrian rzekł:
- Podsadzisz mnie, a ja spróbuję złapać się tej drabinki.- Marco skinął i złożył dłonie. Shephard stanął na nie, po czym Rodriguez wybił go mocno w górę. Zwinny kapral od razu chwycił jeden ze szczebli i błyskawicznie ściągnął drabinkę w dół. Ta z ogromnym hukiem opuściła się i spoczęła na ziemi. Shephard wszedł po niej i dostał się na metalowy balkonik. Marco zrobił to samo i po kilku chwilach znajdowali się pięć metrów nad ziemię. Adrian uderzył pałką w niewielkie okienko i rozbiwszy szybę wszedł do środka budynku. Ku zdziwieniu dotarł na kolejną klatkę schodową. Rodriguez niezgrabnie wgramolił się za Adrianem i s uśmiechem na ustach rzekł:
- Heh, nie te lata.- Adrian odparł ukazując szereg śnieżnobiałych zębów:
- Przesadzasz Marco. Chodźmy w górę.- i pędem ruszyli w kierunku górnych partii bloku. Dotarli na zaniedbaną klatkę schodową, która mieściła się na ostatnim piętrze budynku. Mieściły się tam dwie pary drzwi, tym razem drewnianych. Adrian spojrzał na Marco i zapytał:
- Możemy zaryzykować.- Rodriguez skinął głową i zapukał do jednych drzwi. Po dłuższej chwili milczenia Adrian rzekł zrezygnowanym głosem:
- To bez sensu. Nawet jeśli są tam jacyś ludzie na pewno nam nie otworzą...- w tym momencie zza drzwi odezwał się cichutki i niepewny głos:
- Tttak? Czego chcecie...?- Marco Rodriguez odparł:
- Nie bój się. Jesteśmy komandosami jednostki H.E.C.U. Ścigają nas. Pozwól nam wejść.- Zamilkł i czekał reakcji. Ponownie pytanie:
- Nie zrobicie nam krzywdy?- Tym razem odezwał się Shephard:
- Nie ma obawy. Walczymy po jednej stronie barykady. Otwórzcie... Aha, jesteśmy ubrani w kombinezony Kombinatu, ale sytuacja tego wymagała... Proszę, nie mamy czasu...- Znowu chwila milczenia i głos rzekł:
- Wyczuwam w waszych głosach prawdę.- Po tych słowach drzwi otwarły się z nieprzyjemnym skrzypnięciem i ku oczom mężczyzn ukazała się drobna dziewczyna z czarnymi włosami i prostokątnymi okularami. Za jej plecami stał starszy mężczyzna, najprawdopodobniej koło sześćdziesiątki. Jego siwe, długie włosy spięte były w długi warkocz. W kolejnym pokoju stał szczupły mężczyzna średniego wzrostu ubrany tak jak reszta w błękitne, ortalionowe kombinezony. Adrian niepewnie wszedł do środka, a za nim Marco. Gdy już znaleźli się w mieszkaniu drobna dziewczyna pospiesznie zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Pierwszy odezwał się starszy mężczyzna:
- Kim jesteście i czego tu szukacie?- Adrian Shephard rzekł:
- Jesteśmy uciekinierami z więzienia zwanego Strefą.- Mężczyzna rzekł:
- To niemożliwe. Jeszcze nigdy nikomu nie udało się opuścić Strefy. Thanatos wpadnie w furię...
- Gówno mnie obchodzi cały ten Thanatos. Zabiję go osobiście za to co zrobił!- podniósł głos młody kapral. Tymczasem mężczyzna stojący w samym tyle wyjrzawszy przez okno krzyknął:
- Hakitu! Śmigłowiec wylądował na sąsiednim budynku. Patrole zaczynają wchodzić do kamienic. Musimy uciekać...!
- Śmigłowiec!?- krzyknął uradowany Shephard. Mężczyzna spojrzał na niego i ze zdziwieniem zapytał:
- Nie wiem z czego się tu cieszyć. Patrolują ziemię i poiwetrze. Nie uda wam się uciec niezauważonymi...
- Marco! Umiesz pilotować śmigłowiec?- Rodriguez z grymasem rzekł:
- Pilotowałem tylko Ospreye i Apacze to dwadzieścia lat temu. Teraz są z pewnością technologia jest bardziej zaawansowana. Przykro mi, nie dam rady.- Do rozmowy wtrącił się Hakitu:
- Ja umiem pilotować te śmigłowce.- Adrian spojrzał na niego i rzekł:
- W takim razie mamy szansę.- Indianin odparł:
- Nawet jeśli go odbijecie, Kombinat będzie was ścigał.- Rodriguez uśmiechnął się i rzekł:
- I na to właśnie liczymy. Adrian?- Shephard pokazał zęby w szerokim uśmiechu, a Hakitu rzekł:
- Nie rozumiem.- Marco rzekł:
- Kombinat skupi na nas swoją uwagę. Zrobimy trochę zamieszania w mieście, a ruch oporu skupi się na przygotowaniach do bitwy.- Hakitu kiwnął głową i rzekł:
- Kaatje, Klaas. Powiedzcie reszcie. Przyszykujemy im małą niespodziankę.- Dziewczyna kiwnęła głową i razem z mężczyzną wybiegła z mieszkania kierując się w dół bloku. Adrian tymczasem zapytał:
- Kaatje? Gdzieś już słyszałem to imię.- Starzec rzekł:
- Nic dziwnego, to jedne z popularniejszych żeńskich imion w Holandii. A tak na marginesie... Hakitu, Amerykanin, że tak się wyrażę ostatni Mohikanin.- Wybuchnęli donośnym śmiechem i podali mu swoje imiona oraz stopnie:
- Kapral Adrian Shephard z piątego pułku piechoty H.E.C.U.
- Starszy szeregowy Marco Rodriguez z piątego pułku piechoty H.E.C.U.- Indianin rzekł:
- Miło mi. W porządku, koniec oficjalnej części. Przechodzimy do planu B.- zaprosił ich gestem ręki do sąsiedniego pokoju. Znajdowała się tam zniszczona podłoga. Odsunął jedną z płytek i wyjął skrzynkę:
- To tylko dwa colty ale myślę, że na początek wystarczą.- Dał im po jednym, a Adrian zapytał:
- Którędy najkrótsza droga na dach?- Hakitu wskazał okno. Shephard spojrzał na Rodrigueza i wzruszył ramionami. Rozpoczęła się niezwykle trudna i niebezpieczna akcja odbicia policyjnego śmigłowca Kombinatu. Hakitu otworzył okno i wyszedł na balkonik. Na parterze słychać było pierwsze strzały...